hambakery

INTRO [treble]

INTRO [rythm]

MUZYKA SFER [TREBLE] 2010-06-23 00:16:51

Ja się zżywam coraz bardziej z telecasterem. Ta gitara bezbłędnie
wyraża całą moją muzyczną wrażliwość. Nieraz walnę tylko klika
brzdąknięć i mam poczucie, że to było dokładnie to co trzeba i nie ma
potrzeby brzdąkać dalej, bo wszystko co było do wybrzdąkania zostało w
tych kliku brzdąknięciach definitywnie wybrzdąkane. I odwieszam gitarę
po kilku brzdąknięciach w poczuciu pełnego brzękologicznego spełnienia
i nasycenia.

Jak dzieci podrosną to się wymieni przystawki na jakieś rasowe. Piec
se chciałem zamówić robiony Black Dog z Łodzi i nawet na łódzką
konferencję się zapisałem specjalnie żeby przy okazji sprawę załatwić,
ale w końcu nie pojechałem, bo dzieci wiecznie chore i cośtam cośtam
srośtam. Mój fendziu lampowy na razie też ujdzie, chociaż akurat
brzmienie ma niezbyt fenderowskie, acz wielce szlachetne.

Ale trzeba przyznać, że ponad to wszystko jest jeszcze jakieś coś
jeszcze. I to coś jeszcze stanowi istotę sprawy. Właściwie jest ono
raczej stawaniem się niż byciem jako takim. Jakąś dynamiczną
transpersonalną przestrzenią aktualizacji potencjalności czy czegoś
jeszcze bardziej ulotnego i wyrafinowanego. Niestety nie sposób tego
nazwać słowami, a jak się już nawet nazwie, to przestaje ono być tym
czym jest. Może w sformułowaniu "muzyka sfer" właśnie to autor miał na
myśli?

Ja się ostatnio coraz bardziej w to wszystko wsłuchuję i tym się
nasycam. A muzyka zarówno własna jak i ta z zewnątrz mi to zagłusza. I
właściwie biorę gitarę głównie po to żeby wewnętrzny hałas wywalić z
siebie na zewnątrz, żeby mi nie przeszkadzał w mistycznym wsłuchiwaniu
się w niesamowite, kosmiczne i dogłębnie przejmujące brzmienie
wzajemnej gry czasu i przestrzeni. Pełne życia, piękna i grozy.
Niemożliwe do wyrażenia ani słowami ani do wybrzdąkania na gitarze.
Jak tylko ten hałas z siebie wywalę, to odwieszam gitarę i zatapiam
się na długo w ciszy.

skomentuj (0)

PARWÓKI CIELĘCE, ALE CIĄGLE W DUCHU BIBLIJNYM [RYTHM] 2007-11-04 22:46:32

Wbrew pozorm nie zamierzam polemizować z tym co napisałeś. Rzeczywiście – sam tego do tej pory chyba sobie wyraźnie nie uświadamiałem, że w rzeczy samej dialogiczność języka biblii jest czymś – przynajmniej na tle ówczesnej twóczości uchodząćej lub pragnącej uchodzic za natchnioną Duchem. Chociaż bywa to dialog pozorny, niejasny. Ludzkość, w każdym razei zachodnia ludzkośc nie od dzisiaj ma kłopot z Księgą Hioba gdzie wszechstronnie dochodzi do dialogu głychych z głuchymi.
Niemniej broniłbym intelektu o tyle, że – to będzie truzim – Biblia napisana niejednocześnie na przestrzeni setek lat i tysiące lat temu wymaga stałego wysiłku intelektualnego aby jej przekaz pozostał żywy i jasny. Jeżeli akt czytania jest w jakims stopniu także aktem „przepisywania” księgi w sobie, to znaczy że każde pokolenie musi na nowo tego „przepisania” dokonać. Bez tego także Biblia popadłaby w zapomnienie. Można oczywiście zatrzymać się na znakach. I może tak uczynić zarówno wierzący jak i niewierzący. Dla jednego cos tam będzie znakiem nadziei a dla innego – gusłami, które należy zwalczać. I na odwrót. Sądzę jednak że nadzieja w intelekcie, który pozwala równoważyć rozliczne przeciwstawne wydawałby się prądy. Teomek T. powiedziałby o metakomunikacji i jakkolwiek wiele idei może być uznawanych za śmieszne to o wielkich korzyściach z metakomunikacji nie trzeba chyba się przekonywać. Dzieki inteletowi powstała historyczno-krytyczna metoda interpretacji Biblii i wydaje się że może być ona uzyteczna tak dla wierzących jak i niewierzących. Mnie w każdym razie wiele się rozjaśniło od czasu kiedy poczytuję rzeczy w tym duchu napisane. Bez tej wiedzy wiele fragmentów Księgi bywa zupełnie głuchych i z grubsza nie wiadomo o co w nich chadza i o co biega. Nie mówię tutaj o doszukiwaniu się nazw gatunkowych zwierząt jakie ocalił Noe czy odnalezieniu góry Ararat, ale o takim dociekaniu które pozwala wskazać kontekst, nawet ogólny, objaśnic w którym miejscu pojawia się jaki gatunek literacki, w którym miejscu wystepują pozorne sprzeczności i na czym ich pozornosć polega.
Zarazem w Biblii jest chyba to co cenie oględnie w starych opowieściach, straych księgach. Pewne szlachetne zaufanie do języka i świata, które było właściwe chyba ludziom z ery przednowożytnej. Kot to był kot, kośc to była kość, świat był rzeczywistościa być może okrutną, ale można było mieć do niego zaufanie. Dlatego łatwiej się budowało na tym metaforę, opisy Nieznanego poprzez znane.
Bo weźmy na to dzisiejszy jeżyk i nasza pokrótka rozmowę przez telefon w sklepie. To znaczy ja byłem w sklepie a ty goliłeś sobie facjatę. Otóż kupowaliśmy z Ka żarcie na dzisiaj i jutro i w ogóle. Kupujemy a tutaj proszę Pana parówki cielęce a Pani mówi że one są z drobiu . Cielęce parówki a nie z drobiu, obóz filtracyjny a nie zakład masowej śmierci – to są dwa odbicia tego samego – iluzji, fałszu mieszkającego w języku i mającego całkiem realne konsekwencje. Bo przeciwko rzezi się protestuje a „czystka” nie nazywa się już rzezią, normalizacja, która jest pacyfikacją – to wszystko są zdradzone części mowy, które potem zdradzają nas, ludzi.
Biblia to inaczej zakorzeniony język, bo przecież na początku było Słowo. Nie można więc mu nie ufać. Tutaj jak jest cierpienie - to jest takie, że uwaga, obraz - rozedrzeć szaty i posypać sobie głowę pyłem. Żadnego znieczuelnia. Miłosierdzie może i tak, ale bez znieczulenia.
[Rythm]

skomentuj (0)

JĘZYK BIBLII ROBI WRAŻENIE, ŻE AŻ BUTY SPADAJĄ! [TREBLE] 2007-09-28 21:28:54


To prawda, że język biblii może być fascynujący. Nieraz nawet zagorzali ateiści wypowiadają się o nim z wielkim uznaniem. Trudno mi się ustosunkować do kwestii znaczenia języka biblii dla nowożytnej poezji, bo się na tym nie znam. Zdaje mi się jednak, że chyba każda kultura starożytna, niezależnie od języka, jakim się posługiwała, potrafiła stworzyć poezję, która mogła być potencjalnie inspirująca. Tylko że chyba akurat niezbyt wiele z poezji innych kultur starożytnych się zachowało i rozpowszechniło. Za to biblia przez wszystkie wieki czasów nowożytnych zawsze była nie do pobicia pod względem liczby wydanych egzemplarzy w porównaniu do jakichkolwiek innych dzieł. Może po prostu z tego prostego faktu wynika tak wielkie, jak twierdzisz, oddziaływanie Biblii na poezję? A skądinąd wątpię czy pierwsze miejsce pod względem wielkości nakładu biblia zawdzięcza akurat swoim walorom językowo-poetycko-artystycznym. Wszakże celem biblii nie było wywoływanie doznań estetycznych, tylko przekazywanie pewnych niezwykle istotnych treści. I może właśnie dlatego biblia nasze silne doznania estetyczne nieraz wywołuje, że nie dla rozrywki została napisana, tylko dzieje się to jakby przy okazji.
Dla mnie język biblii to przede wszystkim język bardzo osobowy, język osobistego doświadczenia, egzystencji, zmagania się, podejmowania decyzji, ponoszenia za nie odpowiedzialności, bycia w drodze, błądzenia i odnajdywania się, lęku i odwagi, rozpaczy i nadziei, zwątpienia i zawierzenia, zdrady i przymierza... Język biblii to także język dialogu, relacji. Każde słowo wypowiedziane jest do kogoś, rozgrywa się w przestrzeni spotkania „ja-ty”, we współobecności. Dzięki temu jest właśnie takie całkowicie osobowe i żywe. Trudno by było znaleźć w biblii stwierdzenie typu:
„Siła wyporu działająca na ciało zanurzone w płynie jest równa ciężarowi płynu wypartego przez to ciało”
Może to i bardzo mądre i uczone, ale nie jest adresowane bezpośrednio do nikogo konkretnego. Nie wymaga niczyjej obecności. Jest zamknięte samo w sobie a przez to puste, głuche i martwe. W biblii jest zupełnie inaczej:
„Pan rzekł do Abrama: «Wyjdź z twojej ziemi rodzinnej i z domu twego ojca do kraju, który ci ukażę. Uczynię bowiem z ciebie wielki naród, będę ci błogosławił i twoje imię rozsławię: staniesz się błogosławieństwem. Będę błogosławił tym, którzy ciebie błogosławić będą, a tym, którzy tobie będą złorzeczyli, i ja będę złorzeczył. Przez ciebie będą otrzymywały błogosławieństwo ludy całej ziemi».
Ten fragment jest nieraz uznawany za kwintesencję doświadczeń opisywanych w biblii. Nie ma tu nic z poezji, żadnych wyrafinowanych środków literackich ani „skomplikowanych abstraktów”. Ale mimo to każdy, kto by usłyszał z obłoków takie słowa, byłby pod przeogromnym wrażeniem.
Słowa biblii są żywe, wypowiadane zawsze do kogoś, funkcjonują wyłącznie w relacji. W średniowiecznych klasztorach benedyktyńskich pewna liczba godzin w ciągu dnia była przeznaczona na czytanie Pisma Świętego. A jeżeli opat chciał sprawdzić, czy mnisi należycie czytają, to nie musiał zaglądać każdemu do celi. Wystarczyło żeby przeszedł korytarzem i posłuchał pod drzwiami. Czytało się wyłącznie na głos. Każde słowo biblii musiało być głośno wypowiedziane, bo tylko wtedy jest żywe. Czytane po cichu, na sposób intelektualny może się zamienić w martwe „skomplikowane abstrakty” wymagające rzeczywiście karkołomnej gimnastyki intelektualnej. Ale biblia jest adresowana nie do intelektu, tylko do serca, bo to jest jedyne miejsce, w którym człowiek może spotykać się z Panem.

[Treble]

skomentuj (0)

LIST PIERWSZY. [RYTHM] 2007-09-25 09:39:29

Drogi przyjacielu,
Spośród licznych przygód wakacyjnych, najciekawsze były te podszyte lekturami. Wędrowanie po Beskidzie czytając Stasiuka na przykład, ba, nawet spotkanie wyżej wymienionego, gdy kupował dwie flaszki w Wysowej a ja dwa kefiry z burakami czyli chłodnik. Będę to przeżywał i przeżywał, jak żaba okres. Jednak oprócz tego czytałem po raz drugi już książki Anny Świderkówny „Rozmowy o Biblii”. Można powiedzieć a po co komu egzegezy, koń jaki jest każdy widzi. Jednak czytałem, bo to ważna książka, Biblia, w jakiejs mierze zawsze pozostawała dla mnie podstawową dykcją, bliską i ciepłą, zarazem odległą, niezrozumiałą (jakie mury, jakie słupy, jakie góry Libanu na miły Bóg, w Polsce?). Chcę zrozumieć, tak właśnie, chciałbym żyjąc - rozumieć. Ale zupełnie nie o tym co z Biblii zrozumiałem lub nie, chciałem Ci napisać, bo to inny temat. Książkę Śiwderkówny czytałem tak jak sama autorka poleca razem z Biblią przypominając sobie ulubione fragmenty, smakując obrazy (z księgi Jeremiasza, z księgi Ezechiela, z listów, z Ewangelii, Apokalipsy, Pieśń nad Pieśniami). Zacząłem wtedy rozumieć jeszcze jedną rzecz – dla mnie osobiście bardzo ważną – że nie byłoby europejskiej poezji w jej szalonym bogactwie, bez Biblii i jej hymnów, apokalips, paraboli. Wymyśliłem nawet takie zestawienie, że Grekom zawdzięczamy jeżyk zdolny do namysłu nad światem, język filozofii a potem nauki, Rzymianom język Państwa i Prawa, a Żydom i Biblii Hebrajskiej, później uzupełnionej przez Nowy Testament – język poezji. Niezależnie od tego czy się jest tak czy inaczej wierzącym – to tysiąc i jeden sposobów zastosowania metafory zawdzięczamy Biblii. Niby nic z tego produktywnego dla świata nie wynika, - ale popatrz ile piękna!
Zadanie przed biblistami stało przecież karkołomne, opowiedzieć ludowi pasterskiemu skomplikowane abstrakty, takie jak na przykład Jedyny Bóg o wielu aspektach. No to wymagało gimnastyki. Wyobraź sobie że jest dwa tysiące lat wcześnieja pojęciami abstrakcyjnymi posługuje się może sto, może jedna osoba na dziesięć tysięcy, jacys filozofowie i ich bardziej pojętni uczniowie. I nagle trzeba głosić nowinę facetom zajmującym się oprawianiem skór, pasaniem bydła, kobietom młócącym owies, jęczmień. To byli konkretni ludzie a koncepcja świata dość wyrafionowana, nawet jeżeli przyjąć, że były w niej ślady myślenia plemiennego (nasz Bóg...) to były równie silne wątki uniwersalistyczne. Trzeba więc było opowiadać im połacie Nieznanego, poprzez Znane, czyli tak połączyć już istniejące słowa by wynikała znich jakość nowa i niespotykana. Jakość która miała wstrząsać sumieniami i sercami ludzi niepiśmiennych i nieuczonych. Zadanie karkołomne dla języka.
Tym piszącym wiersze na swój mały, skromny użytek też przecież o nic innego nie chodzi. Chociaż są tacy, którzy twierdzą, że właśnie w poezji o nic nie chodzi, poza grą, zabawą, pozorem. I oni też posiądą wyrafinowane metody czynienia - jak powiedział pewien krytyk - skomplikowanych ćwiczeń gimnastycznych na drążku w pustej sali, czego ani Tobie ani sobie nie życzę.

[Rythm]

skomentuj (0)

JÓZEK SIĘ ODNALAZŁ [TREBLE] 2007-07-24 10:33:53

Józek się odnalazł. Sprzedaje kiełbaski z grila na Kazimierzu. Na placu żydowskim. Jadłem. Całkiem dobre. Z keczupem, musztarda i ogórkiem. No i chleb. Kiełbaski są porządnie przypieczone. Nie ma tak, że se klient przyjdzie, weźmie kiełbaskę i idzie. O nie! Najpierw Józek musi ci ją porządnie przypiec, żeby była dobrze przyrumieniona. Józek przypieka, a ty stoisz i czekasz grzecznie, aż będzie przyrumieniona jak należy. A do chleba jest bezpłatnie smalec z cebulką. Stoi na stoliku w takiej wieśniackiej miseczce, w jakiej kiedyś wyniosłem deser z baru „Pod filarkami”. Można se do woli brać i smarować. Jak się skończy, to Józek wyciąga nową.
Interes nieźle idzie. Wszyscy teraz chodzą pić na plac żydowski. Same artysty, entelektualisty i studenty. Taka moda. W rozlicznych knajpach wokół placu się nie mieszczą, więc oblegają stragany. Nawet w dzień powszedni jest tłum, że trudno znaleźć wolny stragan, a w weekendy to już istny Sajgon. Prawie jak w nowy rok na Rynku Głównym. Ludzie siedzą całą noc na tych straganach, a jak nie ma miejsca na straganach to i na ziemi. I chleją. Zaopatrzenie na miejscu zapewnia sklepik monopolowy „Piersióweczka i fajeczka”, oblężony nieprzeciętnie, że aż na chodnik kolejka wychodzi. Na a na przegryzkę obowiązkowo kiełbaskę z grila od Józka. Z ogóreczkiem, rzecz jasna. Józek przywozi grila na wózku wieczorem, jak się ludzie zaczynają schodzić i stoi tam chyba do rana. Całą noc na nogach. Widziałem jak mu jeden taki - chyba szwagier - dowiózł na piździku zaopatrzenie. Ogromny worek kiełbasy i z dziesięć chlebów. Józek kazał mu kroić kromki, ale w końcu zaczął sam, bo szwagier jakoś tak nierówno.
Przez te lata, co go nie było chyba siedział w pierdlu - ma na rękach tatuaże i twarz jakaś taka zawzięta. Mimo, że ludzie mówią do niego „Józek” to pozostają jednak pewne wątpliwości, czy to aby nie falsyfikat. Jakiś taki przygaszony i osowiały, jakby nie ten. Autentyczność Józka trzeba koniecznie sprawdzić, potrzebny jest jakiś kafar, co by go zagadał jak należy. Czy on może właśnie jabłka ze szwagrem, bardzo dobre jabłka, i w ogóle...

[Treble]

skomentuj (0)

HIPISÓWKA 1992 [RYTHM] 2007-05-25 13:23:09


fot.www.kobranocka.pl


W nawiązaniu do piosenek naszej młodości i Twojej poprzedniej noty, naszło mnie zupełnie zaskakujące skojarzenie. Piosenki Kaczmarskiego to była melodia domu rodziców (dla mnie) harcerstwa (dla Ciebie?) a dla nas obu na pewno melodia Liceum. I zaraz przyszło do mnie nasze Liceum pod postacią zupełnie innego fragmentu muzycznego. To była późna wiosna 1992 roku, nie wiem czy pamiętasz, świeżo co krzepliśmy w nowym budynku po radzieckiej armii, malując salę gimnastyczną w ramach w-f, penetrując strychy, poddasza, piwnice; tworząc coś zupełnie nowego na gruzach starego - a może tylko tak nam się wydawało? W każdym razie na ile pamiętam ów stan psychiczny to łatwo mu było do ekstatyczności, zachłystywania się, blisko mu było do prostego poczucia mocy i sprawstwa. Polska jaka wówczas nam się jawiła była już mocno dziwna ale jeszcze pełna nadziei a my poszukiwaliśmy przestrzeni dla buntu, a tak naprawdę dla własnej wyrazistości. I stąd ta piosenka
HIPISÓWKA

Wolna myśl, swobód mit
Wata, którą możesz sobie uszy zatkać
Tak, jak ptak łapie wiatr
Gdy zwiększyła, gdy zwiększyła mu się klatka

Klatka słów, w której znów
Jeszcze raz i jeszcze raz masz się urodzić
Zwykły fałsz, że co masz
To pływanie, to żegluga z dziurą w łodzi

Modlitw szept w usta wbiegł
O stosunkach, o stosunkach przerywanych
Głupi pech i lęk klech
Na głupotę, na durnotę przekuwany

Wiara w cud, mrowie złud
Które ty opłacasz swoją mrówczą pracą
Dokąd pójść, zewsząd gnój
Zwykły znój, za który nigdy nie zapłacą

Ref: Znów zabijają w nas młodość }
Znów zabierają nam wolność }x2


Piosenka z tego co pamiętam była wycelowana w solidarnościowych ministrów edukacji narodowej, którym w głowie nie mogło się pomieścić że młódź wyzwolona z reżimu może nie mieć ochoty na kolejne ideologiczne zapędy, pod postacią obowiązkowej nauki religii katolickiej w szkołach. Tyle konkret. Refleksji możliwych jest kilka, na przykład ta, że kudy ówczesnym ideologom do dzisiejszego obskuranctwa, a bunt młodzieżowy dzisiaj jakby słabszy bo zamiast się buntować na miejscu ludzie po maturze mówią „walcie się sami” i zmykają do ciepłych krajów, co jak zapewne wiesz, dotknęło też i naszych kumpli z liceum. Szkoda. Refleksja inna, jest taka, że ten tekst w niezapomnianym wykonaniu Kobrynocki jest przeniknięty dość prostym i uniwersalnym poczuciem mocy, buntu, dążeniem do wyrazistości, jaskrawości w postrzeganiu świata, mówienia mu „nie nie – tak tak” . To się podobno zaciera w naszym wieku.
I refleksja ostatnia, pytanie dzwon. Czy nie boli Ciebie coś przyjacielu gdy przypominasz siebie z tamtych czasów? Tamte brzmienia plaskatych gibsonów, może nawet jakichś czeskich jolan (no w początku lat 90-tych Jolana uchodziła za przyzwoitą gitarę, że nie wspomnę pożal się Boże mansfelda) nie budzą w Tobie jakichś niebezpiecznych dla istniejącego porządku rzeczy odruchów i ciągot? Ta dziwna chęć wyjścia za miasto i udania się z workiem na plecach na spotkanie przygody, na przykład.
To co mnie boli – tak myślę – to ta młodość, która od sprawstwa mniemanego musi przejść do konkretów, wpasowywać się w coraz to nowe ramy, żeby żyć, przetrwać, zmienić w tym świecie coś naprawdę, poza tym, że wykrzycz się swoje pięć taktów buntu i solówinę „w kwadracik” (tak mnie uczył Zawidowski najprostszych riffów, bo jak wiesz nie nauczyłem się nut, więc on mi mówił – „w kwadracik Radziu, kwadracik”). Ona zostaje jako miara. Mam nadzieję, że ów ból, złość, to nie lubię z wysockiego – jest znakiem że właśnie nie udało się zabić tego co ważne. Gdyby nie bolało, to by znaczyło że już nie żyje. Pamiętasz ten kawałek z obawy II?

„...niech się zdarzy co musi się zdarzyć i tak
kiedy pocisk zabiegnie mi drogę,
starą ranę na karku rozszarpuje do krwi
ale póki wilk krwawi – wilk żyw
więc to jeszcze nie śmierć – śmierć ostrzejsze ma kły
nie mój triumf – lecz zwycięstwo nie ich
na nic skowyt we wrzawie wrzawie skarga
póki w żyach mam trochę krwi
pierwszy bratu skoczę do garda
gdy zawyje – nie wilki już my.”
(Jacek Karczmarski „Obława II”)

[Rythm]


skomentuj (0)

NIE LUBIĘ [TREBLE] 2007-05-10 09:03:53

Tak sobie myślę, że wiele naszych przeżyć doświadczanych w naszej
pracy w wielkich zcentralizowanych i zbiurokratyzowanych organizacjach
świetnie wyraża dobrze nam znana piosenka Jacka Kaczmarskiego - mimo że
osadzona w realiach tamtego systemu, to jakże wciąż aktualna!
Nieraz jedynym dostępnym środkiem na wyrażanie a wręcz ocelenie własnej
tożsamości jest negacja i sprzeciw. Żeby zbudować coś co niesie jakieś
pozytywne wartości to nieraz trzeba najpierw zburzyć istniejący porządek
rzeczy. A porządek ten przy jakiejś wrażliwości aksjologicznej musi
wcześniej czy później rodzić nieuchronne napięcie a wręcz dramatyczne
pęknięcie między tobą a światem. Im dłużej żyję na tym świecie, tym
bardziej tego wszystkiego nie lubię, nie znoszę, nie cierpię i nienawidzę.
I to jest właśnie cały blues - wiedziemy swe życie z wielkim zapałem, choć
wytrzymać nieraz trudno, idziemy wciąż do przodu choć w oczy wieje nam
wiatr. Piosenkę tę nucę szczególnie zbierając się do pracy, czy siedząc po
nocach przygotowując nieustannie coś na jutro, na dziś, na już, na
wczoraj... a końca nie widać.

Nie lubię gdy mi mówią po imieniu
Gdy w zdaniu jest co drugie słowo - brat
Nie lubię gdy mnie klepią po ramieniu
Z uśmiechem wykrzykując - kopę lat!
Nie lubię gdy czytają moje listy
Przez ramię odczytując treść ich kart
Nie lubię tych co myślą, że na wszystko
Najlepszy jest cios w pochylony kark

Nie znoszę gdy do czegoś ktoś mnie zmusza
Nie znoszę gdy na litość brać mnie chce
Nie znoszę gdy z butami lezą w duszę
Tym bardziej gdy mi napluć w nią starają się
Nie znoszę much co żywią się krwią świeżą
Nie znoszę psów co szarpią mięsa strzęp
Nie znoszę tych co tępo w siebie wierzą
Gdy nawet już ich dławi własny pęd!

Nie cierpię poczucia bezradności
Z jakim zaszczute zwierzę patrzy w lufy strzelb
Nie cierpię zbiegów złych okoliczności
Co pojawiają się gdy ktoś osiąga cel
Nie cierpię więc nie wyjaśnionych przyczyn
Nie cierpię niepowetowanych strat
Nie cierpię liczyć nie spełnionych życzeń
Nim mi ostatnie uprzejmy spełni kat

Ja nienawidzę gdy przerwie mi rozmowę
W słuchawce suchy metaliczny szczęk
Ja nienawidzę strzałów w tył głowy
Do salw w powietrze czuję tylko wstręt
Ja nienawidzę siebie kiedy tchórzę
Gdy wytłumaczeń dla łajdactw szukam swych
Kiedy uśmiecham się do tych którym służę
Choć z całej duszy nienawidzę ich!

Jacek Kaczmarski
1976


[Treble]

skomentuj (0)

INTRO [RYTHM] 2007-05-07 12:02:54


Czyli kilka akordów od rytmicznego, względnie rurkowego. U źródeł naszego eksperymentu jest jeszcze kilka obrazów, metafor, zapamiętanych rekwizytów wyrażających – tak sądzę – nasz głód spójnej narracji, odnajdywania (bo odnalezienie na stałe jest chyba niemożliwe) takiej formy w której nasze doświadczenie życia mogłoby nabrać ciągłości i znaczenia. Za hambakerami stoją różne postaci, powoływane przez nas do życia w ramach spontanicznie wymyślanych powieści o znacznym nagromadzeniu absurdów, surrealistycznych obrazów, wulgarnych uproszczeń i przegięć. Te o-powieści, toczone przez nas początkowo na piśmie, później ustnie, przy piwie albo kawie miały jednak stałą strukturę. Poniewczasie zaczęliśmy się domyślać, że to chyba poszukiwanie osobistego mitu. Kwintesencją takich spontanicznych przetworzeń była niegdyś „piosenka fabularna”, oryginalna forma ekspresji z pogranicza tragedii, farsy i bluesa, która przydarzała się nam nie raz, aczkolwiek większość nagrań, czynionych w garażach, piwnicach, strychach remontowanych domów w małym miasteczku – dawno już przepadła.
Zarazem wiele z o-powieści bywało, że przeradzało się w dysputy, które chętnie wiedzione w ruchu, na spacerze, wycieczce w góry dla żartu nazywaliśmy „filozofia perypatetycką” albo „przechadzkową”. Ta nazwa miała jednak niewiele wspólnego z arystotelesowskim pierwowzorem. Czysty postmodernizm nam z tej perypatetyki wychodził a nie arystotelizm. Jednak bycie w ruchu ku czemuś, albo bycie w drodze dla zasady – to dynamiczny stan ducha (czasem ciała) który jest blisko tego co w nas obu. Nieoczywistość i pełniejsze stawanie się w kontakcie „ja-ty”, przymierzanie cudzych butów („try to walk in my shoes”) no i wreszcie blues. To wszystko gdzieś za nami, z nami jest w momencie początkowym.

[rythm]

skomentuj (0)

INTRO [TREBLE] 2007-05-05 11:45:06

Gitara, zwłaszcza gitara elektryczna kojarzy się z takimi stylami muzycznymi, które szczególnie sprzyjają wyrażaniu własnych przeżyć, myśli, idei, przekonań, rozterek czy dylematów, albo inaczej mówiąc nieskrępowanej indywidualnej ekspresji. Sercem gitary elektrycznej jest przetwornik magneto-elektryczny, inaczej pick-up, przetwarzający drgania szarpanych strun w sygnały elektryczne. Ta banalnie prosta konstrukcja (w środku element magnetyczny a w dookoła uzwojenie z wielokrotnie nawiniętego drutu) zrewolucjonizowała całą muzykę rozrywkową. To głównie analogowym pick-upom gitara elektryczna zawdzięcza swoje charakterystyczne i niepowtarzalne brzmienie, niemożliwe do podrobienia przez żadne cyfrowe bajery. W tym brzmieniu można znaleźć całą paletę różnych odgłosów, od płaczu dziecka, przez namiętne westchnienia kochanków do groźnych zwierzęcych ryków, zawsze jednak będą to dźwięki przejmujące, pełne ekspresji i bezkompromisowe. Najciekawsze jest to, że ta sama gitara zupełnie inaczej zabrzmi w ręku różnych gitarzystów. Najbardziej znanym rodzajem pick-upów są humbuckery. Jeżeli ktoś ma wątpliwości jakie jest ich brzmienie, to niech posłucha jak gra John Lee Hooker, a znajdzie brzmienie humbuckerów w pigułce. Humbuckery w gitarze są najczęściej dwa (patrz: obrazek w nagłówku strony). Ten przy mostku daje w więcej tonów wysokich a przez to brzmienie ostrzejsze, przydatne szczególnie do solówek, natomiast ten przy nasadzie gryfu więcej tonów niższych, przez co brzmienie łagodniejsze i głębsze, niezastąpione do podkładów rytmicznych, przynajmniej w łagodniejszych stylach muzycznych. W gitarze z dwoma humbuckerami jest przełącznik służący do wyboru sygnału jednego z nich (lub obu na raz), a przez to do wyboru różnych brzmień. W klasycznych modelach skrajne położenia takiego przełącznika są opisane za pomocą słów „treble” i „rhythm”. My z kolegą stanowimy zespół takich dwóch „hambakerów”. Swojska pisowania wynika z tego, że jeden z nas jest znad Odry, a drugi znad Wisły. Mamy zupełnie inne brzmienia, ale chyba dobrze się nawzajem uzupełniamy, w każdym razie co dwa uzwojenia to nie jedno. Nieraz coś w życiu tak zagra, że płynie między nami prąd, przybierający postać różnych myśli i refleksji. Na tej stronie znajdziecie bardziej i mniej poważne rozhowory na dwa przetworniki. Nieraz przekonaliśmy się, że najbardziej wartościowe myśli rodzą się w dialogu. I to nie w byle jakim dialogu, tylko właśnie z drugim kolegą hambakerem, który także czuje bluesa, a jak się mu przygrzeje po strunach to i zarezonuje stosowną i wymowną elektrycznością. Mamy nadzieję, że dzięki tej stronie nasze listowne dialogi prowadzone już od wielu lat zyskają nową jakość i zostanie po nich jakiś interesujący ślad. Zapraszamy także wszystkich do włączania się za pomocą komentarzy w prądy i sygnały płynące z naszych uzwojeń.

[treble]


skomentuj (0)
Księga Gości
Linki Trebla
Dwa Doktory i Wiktor - perypetie pewnego syna i jego rodziców

Linki Rythma
Literackie wcielenie rytmicznego - jedno z wielu innych
Forum Rytmicznego - stół rozmów o domu i zagrodzie
Red-Akcja - ambitne zajęcia rytmicznego
Stowarzyszenie - stwoarzyszenie jak rodzina, nieźle wychodzi na zdjęciach
Kirschbaum - blog lamentacyjny
Jurodiwy - Pietruch arytmie rytmicznego